Rosyjskie przekazy informacyjne coraz częściej nie muszą wymyślać wydarzeń. Wystarczy, że wzmacniają realne polsko-ukraińskie spory, nadają im skrajne interpretacje i sztucznie pompują zasięg w mediach społecznościowych.
Najtrudniejsza odmiana dezinformacji nie polega dziś na produkowaniu całkowicie zmyślonych historii. Znacznie skuteczniejsze bywa przejęcie prawdziwego konfliktu i podanie go odbiorcom w taki sposób, by każda kolejna wiadomość wzmacniała gniew, poczucie zdrady albo przekonanie, że porozumienie między państwami nie ma sensu. Właśnie taki mechanizm opisują polscy urzędnicy i analitycy obserwujący debatę wokół relacji Warszawy z Kijowem.
Reuters podał, że po zaostrzeniu sporu dotyczącego pamięci o zbrodniach wołyńskich liczba antyukraińskich treści po polsku w największych serwisach społecznościowych wzrosła według analizy PISM o ponad 250 proc. Część ruchu miała być sztucznie wzmacniana przez aktywność botów. Wiceminister cyfryzacji Paweł Olszewski opisał skalę zjawiska jednym słowem: dezinformacja miała „eksplodować” w mediach społecznościowych i rosyjskich kanałach.
Nie fałsz, lecz narzucona interpretacja
To istotne rozróżnienie: część postów nie zawierała klasycznego fałszu. Analityk Info Ops Poland Wojciech Pokora ujął mechanizm tak: „Wydarzenie jest realne, ale interpretację narzuca zewnętrzny aktor”. W praktyce oznacza to, że odbiorca może otrzymywać prawdziwy fakt, ale w otoczeniu dobranych emocjonalnie komentarzy, nagłówków i powtórzeń.
Rosyjska ambasada w Warszawie odrzuca te oskarżenia. W stanowisku przesłanym Reutersowi stwierdziła, że Federacja Rosyjska „nie ingeruje w relacje między innymi państwami”. Sam spór historyczny ma przy tym realne podstawy i nie może być sprowadzany wyłącznie do ingerencji zewnętrznej. W Polsce istnieją autentyczne emocje związane z Wołyniem, pomocą dla uchodźców, importem produktów rolnych oraz kosztami wsparcia Ukrainy.
To właśnie dlatego kampanie wpływu są trudniejsze do neutralizowania. Próba prostego oznaczania każdej krytycznej opinii jako rosyjskiej propagandy byłaby błędem i mogłaby dodatkowo podważać zaufanie do państwa. Skuteczniejsza odpowiedź wymaga oddzielania faktów od manipulacyjnej amplifikacji oraz pokazywania, które treści są sztucznie wypychane do odbiorców.
Spór może wejść do kampanii 2027
Według cytowanych przez Reuters badań IBRiS pogorszenie nastawienia do Ukraińców deklarowała jedna trzecia ankietowanych, a poparcie dla dalszej pomocy wojskowej spadło z poziomów notowanych na początku pełnoskalowej wojny. To wskazuje, że temat może mieć znaczenie polityczne przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku.
Stawką nie jest więc tylko wizerunek Ukrainy. Jeżeli zewnętrzny aktor potrafi skutecznie narzucać temperaturę i ramę krajowego sporu, może wpływać na agendę polskiej polityki bez tworzenia jednej spektakularnej fałszywki. Testem dla państwa będzie zdolność do szybkiego wskazywania sztucznej amplifikacji, bez podważania prawa obywateli do realnej debaty o historii, bezpieczeństwie i kosztach polityki wobec Kijowa.
Źródła
Formaty reklamowe wewnątrz artykułu
Reklamy wplecione między akapity najlepiej działają w układzie poziomym lub prostokątnym.
