Donald Tusk proponuje obniżenie PIT dla około 3,5 mln podatników właśnie w momencie, gdy jego rząd mierzy się z krytyką po kontrowersjach wokół wydawania publicznych pieniędzy i słabymi ocenami społecznymi. Sama reforma może być korzystna dla części klasy średniej. Politycznie trudno jednak nie pytać, czy nie jest również próbą odbudowania zaufania przed wyborczym 2027 rokiem.
Podatkowa ulga w bardzo politycznym momencie
Rząd chce podnieść próg wejścia w najwyższą stawkę PIT z 120 do 130 tys. zł i wprowadzić nową stawkę 24 proc. dla dochodów między 130 a 150 tys. zł. Dopiero powyżej 150 tys. zł nadal obowiązywałoby 32 proc. Według premiera na zmianach ma skorzystać około 3,5 mln podatników.
Ekonomicznie argument jest czytelny. Progi podatkowe przez kilka lat pozostawały zamrożone, podczas gdy nominalne wynagrodzenia rosły. Coraz więcej pracowników wpadało więc w wyższą stawkę nawet wtedy, gdy wzrost ich realnej siły nabywczej był znacznie mniejszy. Z tego punktu widzenia korekta jest uzasadniona.
Problem zaczyna się wtedy, gdy spojrzymy na polityczny kalendarz. W sierpniowym badaniu United Surveys dla Wirtualnej Polski 58 proc. respondentów negatywnie oceniało rząd. Inne sondaże wskazywały, że obecna koalicja może mieć problem z utrzymaniem większości po wyborach w 2027 r. W takim otoczeniu obniżka podatku staje się nie tylko instrumentem gospodarczym, lecz także komunikatem wyborczym.
Afery i kontrowersje, których nie przykryje sama obniżka PIT
Rząd w ostatnich tygodniach mierzył się m.in. z aferą dotyczącą środków pomocowych po powodzi. Wirtualna Polska opisała przypadki wielomilionowych wypłat dla firm, wobec których pojawiły się pytania o rzeczywiste szkody i powiązania personalne. Tusk odpowiadał, że przy ogromnej skali pomocy należało zakładać możliwość nadużyć.
Osobnym problemem pozostają kontrowersje dotyczące części wydatków z KPO. W Sejmie pojawiały się pytania o zakupy luksusowych łodzi i o to, czy niektóre projekty rzeczywiście realizują cele programu. Nie oznacza to, że całość KPO jest aferą — większość środków finansuje konkretne inwestycje — ale politycznie obrazy jachtów i wątpliwych dotacji są dla rządu bardzo kosztowne.
Na tym tle podatkowa propozycja może wyglądać jak próba zmiany tematu: zamiast pytań o wydawanie publicznych pieniędzy wyborca ma usłyszeć, że w jego portfelu zostanie więcej. To klasyczny mechanizm polityczny i nie ma w nim nic niezwykłego. Nie należy jednak mylić intencji z efektem. Nawet jeśli reforma jest korzystna, nie zwalnia rządu z odpowiedzi na pytania o wcześniejsze nieprawidłowości.
Rachunek zapłacą najwięksi. I tu zaczyna się drugi problem
Niższy PIT ma zostać częściowo sfinansowany przez podniesienie CIT z 19 do 22 proc. dla firm o przychodach powyżej 50 mln euro oraz podwyższenie daniny solidarnościowej z 4 do 5 proc. Rząd przedstawia więc zmianę jako przesunięcie ciężaru z klasy średniej na największe przedsiębiorstwa i osoby o najwyższych dochodach.
To rozwiązanie jest politycznie wygodne, ale ekonomicznie nie jest darmowe. Wyższy CIT może ograniczać inwestycje albo zostać częściowo przerzucony na ceny, wynagrodzenia lub kontrahentów. Dopóki nie zobaczymy pełnej oceny skutków regulacji, trudno przesądzić, czy bilans dla gospodarki będzie tak korzystny, jak sugeruje premier.
Najbardziej wymowna pozostaje jednak sprawa kwoty wolnej 60 tys. zł — jednej z ważnych obietnic KO. Tusk przyznał, że jej realizacja w 2027 lub 2028 r. jest mało prawdopodobna. Rząd daje więc dziś podatnikom mniejszą ulgę zamiast obietnicy, której nie potrafił spełnić. Przed wyborami będzie musiał wyjaśnić, dlaczego wyborca ma uznać to za sukces, a nie za polityczne minimum.
Jest jeszcze jeden polityczny aspekt tej propozycji. Rządzący wchodzą w okres, w którym wyborcy coraz częściej będą rozliczać ich nie z odziedziczonych problemów po poprzednikach, lecz z własnego bilansu. Im bliżej 2027 roku, tym trudniej będzie tłumaczyć niespełnione obietnice wyłącznie stanem finansów zastanym po PiS. Obniżka części podatku daje Tuskowi możliwość pokazania konkretu, który można łatwo przeliczyć na domowy budżet.
To nie znaczy, że reforma jest wyłącznie zabiegiem PR. W demokratycznej polityce rząd zawsze bierze pod uwagę reakcję wyborców, a podatki z definicji mają wymiar polityczny. Problem pojawi się dopiero wtedy, jeśli ulga zostanie przedstawiona jako dowód rozwiązania problemów finansów publicznych, podczas gdy realnie jedynie przesuwa obciążenia między grupami podatników.
Równie ważne będzie tempo procedowania. Jeżeli projekt trafi do Sejmu szybko, rząd będzie mógł budować narrację o sprawczości. Jeżeli ugrzęźnie w sporach koalicyjnych albo spotka się z wetem prezydenta, efekt polityczny może być odwrotny. Dlatego dla Tuska ta reforma jest nie tylko obietnicą dla podatników, lecz również testem zdolności koalicji do przeprowadzenia większej zmiany przed rozpoczęciem właściwej kampanii parlamentarnej.
Źródła
- Reuters — propozycja zmian w PIT i CIT — https://www.reuters.com/business/poland-lower-personal-income-taxes-raise-tax-rate-companies-2026-08-19/
- Wirtualna Polska — afera dotycząca środków dla powodzian — https://wiadomosci.wp.pl/tusk-reaguje-na-tekst-wp-premier-odniosl-sie-do-afery-powodziowej-7317296479998529v
- Sejm RP — zapytanie w sprawie kontroli środków KPO — https://api.sejm.gov.pl/sejm/term10/writtenQuestions/3507/body
- Wirtualna Polska — ocena rządu w sondażu United Surveys — https://wiadomosci.wp.pl/zimny-prysznic-dla-rzadu-donalda-tuska-polacy-ocenili-7315908117780544a
Formaty reklamowe wewnątrz artykułu
Reklamy wplecione między akapity najlepiej działają w układzie poziomym lub prostokątnym.
